..~~wROWER~~.. > ..~~Nasz Host -=ModrzewNet=-~~.. > ..~~Gibraltar 2005 - Strona Moniki i Łukasza!!~~..
wROWER
 
Font size:      

Dziennik Wyprawy

Dzień 1

10.07.2005 Niedziela

Pierwszy dzień podróży to skromny dystans 115 kilometrów w niezbyt trudnym terenie. Zaczęliśmy zatem delikatnie, choć pogoda przetestowała naszą cierpliwość. Wystarczy tu nadmienić, że po trzykroć wyżymaliśmy nasze skarpetki. Na trasie spędziliśmy zaledwie 5,5 godziny, co jednak wystarczyło, aby wzbudzić zainteresowanie mijanych ludzi i przeprowadzić kilka sympatycznych rozmów. Jednak klu programu okazał się wieczór i nieziemskie przyjęcie w Cięcinie. Serdeczna koleżanka Edyta ugościła nas w domu jak... brak nam słów, żeby opisać jakie to było niesamowite. Poczęstunek i serdecznośc familli zrobiła na nas wielkie wrażenie. Żal odjeżdżać, takie miłe progi. Jednak cel podróży daleko przed nami, więc ochoczo ruszymy w dalszą drogę, mając w pamięci uroczy wieczór. Pozdrawiamy zatem serdecznie Edytę i resztę domowników.

Dzień 2

11.07.2005 Poniedziałek

Z dziennika Adriana:

Opuściliśmy progi gościnnej Cięciny; niebo zasnute chmurami, czasem coś pokapało na głowy - nie można powiedzieć, że taka pogoda dobrze nas nastrajała do jazdy. Pierwsze 20 km podróży tego dnia, a zarazem ostatnie 20 km w Polsce pokonujemy w żółwim tempie - zapewne za sprawą stromych podjazdów. Najostrzejszy w Lalikach - sprowokował siódme poty. Potem granica w Zwardoniu, chwilka na odpoczynek i telefony do rodziny. Na granicy bez większych sensacji - celnik ostrzega nas tylko, że w Wenecji podniósł się poziom wody i gondolierzy zawadzają głowami o mosty.Słowacja przywitała nas zmianą pogody na lepsze. Pedałuje sie dobrze, choć teren gorzysty. Za to na zjazdach śmigamy powyżej 70km/h. Dłuższy odpoczynek w małym miasteczku Bytca. Kiedy mieliśmy już odjeżdzac, zaczepił nas pewien czterdziestoparoletni Słowak, potem krótka rozmowa (od tej pory wiemy, co to RYT) i już nie jesteśmy w stanie odmówić zaproszenia na piwo do karczmy owego sympatycznego Słowaka. Martin Pietrovksi, bo tak sie zwał, po drugim piwie i wymianie adresów postanowił wręczyć nam 500 koron kieszonkowego z życzeniami dobrej drogi. Potem jedziemy do Povazkiej Bystricy, gdzie planowaliśmy nocleg w akademiku. Niestety brak miejsc nie tylko w akademiku ale i w okolicznych hotelach. Postanowiliśmy pojechać za miasto i znależć cos "na dziko". W międzyczasie 2 oberwania chmury, jedno udaje nam się przeczekać pod zadaszeniem, drugie zdążyło nas przemoczyć. Za miastem odbijamy z głównej trasy w poszukiwaniu noclegu. W osadzie domków letniskowych znajdujemy optymalne, skromne miejsce. Obszerna działka, na której jeszcze nie zdążył powstać domek. Postanowiłem zagadać do wielkiej dziury. I dziura przemówiła. Okazało się, że właściciel działki kopał studnie, a nam pozwolił się rozbić obok prowizorycznej szopy-chatki. Kiedy ułożyliśmy się w namiocie, rozpadał się deszcz. W kwestii higieny: umownie nazwaliśmy taką sytuację Syndromem Marysieńki...

Dzień 3

12.07.2005 Wtorek

Z dziennika Adama:

Pierwsza ranna pobudka. Och, ciężka sprawa, powoli otwieram oczy, dłonie mam obolałe, trudno zacisnąć je w pięść. Jestem zupełnie niewyspany, kilka razy się budziłem, szukając najwygodniejszej pozycji do spania. Humor zdecydowanie poprawia mi widok czystego, błękitnego nieba. Liczę, że dzisiaj już nie zmokniemy. Powoli zaczynamy się pakować. Kiedy zapinam ostatni zamek w sakwie okazuje się, że zajęło nam to ponad 2 h. No, jak tak dalej pójdzie, to będziemy zmuszeni wstawać jeszcze wcześniej, a na to chęci w ogóle nie mamy. Pierwszy kilometr ostro w dół i dojeżdżamy do drogi nr 507. Po lewej stronie towarzyszy nam rzeka Vah, która w tym rejonie nabiera bardzo szerokiego kształtu. Po niespełna 10 kilometrach Adi pechowo najeżdża na szkło, efekt wiadomy – przebita dętka. Nawet nie zdążyliśmy się rozgrzać, a tu wymuszony postój na zmianę gumy. Jak się okazało całkiem długi postój, bo ponad godzinny. Miejmy nadzieję, że nabierzemy z czasem więcej wprawy. Dalej sprawnie kręcimy na południe, niezbędne zakupy robiąc w supermarkiecie. Dzięki finansowemu wsparciu Martina zakupy mają beztroski charakter. Drogą 501 dojeżdzamy do Trencina, dalej na południe drogą 61 kręcimy w kierunku Nove Mesto Nad Vahom. Droga zdecydowanie bardziej ruchliwa, a na dodatek nie można po niej jeździć rowerem. Co tam, przecież to tylko 20 km mówię i przymykamy oko na znak zakazu. Niebawem wyprzedza nas zdeterminowany słowacki rowerzysta, który tak intensywnie pedałował, że całe jego ciało falowało na dwukołowcu. Widok komiczny. Adi postanowił uczepić się jego koła i tak w ekstremalnym tempie dojechaliśmy do Novego Mesta. Odbijamy teraz na południowy zachód, zachód stronę Małych Karpat. Przygotowujemy się na najgorsze zjawisko pogodowe – burzę, w słowackiej terminologii – BURKA. Za nami czarne chmury, a w oddali, na wschodzie, można zauważyć, jak pięknie chmury podlewają ziemię. Dookoła same pola, nawet nie ma za wiele drzew do schronienia… Zatem zwiększamy kadencję, żeby zdążyć do najbliższej wioski. Chowamy się pod wiatą stadionu piłkarskiego i czekamy, aż nas burza wyprzedzi. Chętnie bym rozbił tutaj namiot, ale Adi wolałby jeszcze popedałować. Mija 45 minut i wsiadamy na rumaki, że pokręcić jeszcze 15 km. Dokulaliśmy się do miejscowości Smolenie. Czekamy pod kościołem, aż skończy się msza. Ksiądz nie powinien nam odmówić noclegu, prawda?? Mieliśmy szczęście, możemy się rozbić na parafii i nawet skorzystać z prysznica. Syndrom Marysieńki odroczony…

Dopisek Adriana: Wizyta na stacji benzynowej (wc) Shell w Novym Meste skończyła sie rozmową z właścicielami. Ci sympatyczni ludzie wskazywali na rowery zaparkowane niedaleko dystrybutorów i zagadywali, czy to kolejna wyprawa dookoła Świata itp... Wenecja jako cel chyba Ich nie rozczarowała, wręcz przeciwnie, powinszowali dobrej drogi, wręczyli nam po napoju izotonicznym oraz batoniku na drogę. Pamiętam zdziwienie Adama, gdy wróciłem z klopika z zapasami energetyczno-jonowymi i bananem na twarzy. Co do dętki: fakt - ponad godzina na wymianę, ale oprócz zmiany dętki, trzeba było zdjąć sakwy, a najwięcej czasu zajęła regulacja hamulca tarczowego. Po każdym odpinaniu koła, tarcza w nim zmienia położenie i obciera o klocki.

Dzień 4

13.07.2005 Środa

Z dziennika Adriana


Obudziliśmy się o godzinę później, niż planowaliśmy (jak się okazało - opóźnianie wstawania ustanowiliśmy jako standard wycieczkowy). Pobudka ok. 7.00. Oficjalne pożegnanie z księdzem z parafii i ruszamy. Przeszkadza skwarne słońce ale jakoś docieramy do Bratysławy, na przedmieściach spędzamy ponad godzinę w kafejce internetowej, ale nie ma czego żałować, bo na zewnątrz i tak przechodzi BURKA. Przez Bratysławę przemknęliśmy szybko i raczej nie pozostawiła na nas dobrego wrażenia estetycznego (chociaż - patrz:dzień 6). 10 km za stolicą Słowacji przekraczamy granice z Austrią. Mimo, że był to dopiero czwarty dzien naszej wyprawy, to wydawało się nam, że przekraczamy już całkiem odległą granicę. W drodze do Wiednia przeszkadzało duże natężenie ruchu i wiatr w oczy. Zapewne nie jest on rzadkością, bo mijamy olbrzymie pola wielkich wiatraków, generujących prąd. Od Schwehatu zabudowa ścisła i praktycznie ostatnie 40km poruszamy się w mieście, co nie stwarza problemu, bo kierowcy niezwykle uprzejmi. Flagi i "PL'ki" funkcjonują wyśmienicie, dużo rodaków pozdrawia trąbiąc, albo zagadując na światłach. Zrobiło się późno, szarówka, w nogach 120km, a my nadal w lesie, tzn w mieście, gdzieś na obrzeżach Wiednia. Pytamy o drogę, miejscowi nie zawsze zorientowani gdzie nasz kamping. Z pomocą policjanta, 2 rodaków i podarowanej mapy Wiednia, uzyskujemy rzeczowe wskazówki co do drogi. Wiedeń nocą na rowerach wywierał duże wrażenie. Mariehilfe Strasse bardzo urokliwa, plejada swiateł sklepów i kafejek, ale końca jazdy nie widać. Tuż przed kampingiem osobliwy dialog z 2 nastolatkami:

JA: -Entschuldigung, wir suchen...yyy... Camping Vien West...?

Chłopak: -Do You speak English?

Ja: -Yes, sure!

Chłopak: -Where do You come from?

Ja: -Poland!

Chłopak: -No to od razu tak trzeba było!!!

I dowiadujemy Się, że kamping jest tuż obok. Meldujemy się o 22.00. Przyjmują do 22.15 - czyli wyczucie czasu mamy dobre. Rozkładamy namiot po ciemku, potem prysznic i kolacja. A i jeszcze jedno - w drodze do Wiednia mój rower troszkę trzeszczał i pojękiwał. Myśl, że coś jest popsute utrudniała zasypianie, ale zmęczenie wzięło góre, zresztą może to nic poważnego.
Wskazowki: Camping Vien West położony jest dosyć daleko od centrum (20km), aczkolwiek posiada dobre połączenie środkami komunikacji miejskiej. Na kampingu przeszkadza ruch pobliskiej ulicy. Strona sanitarna przyzwoita. Dla turystów dostępna dobrze wyposażona kuchnia, gdzie można skorzystać z czajników, kuchenek elektrycznych i lodówki. Cena to ok 9 Euro od osoby na rowerze.

Dzień 5

14.07.2005 Czwartek

Z dziennika Adama:


Querva!!

No to zaczęły się problemy. Sprzęt nawalił. Mimo naprawy – kasowania luzu na suporcie, wyszła kolejna usterka. Szlag trafił tylną piastę, która wydaje tak dziwne dźwięki, że bez wymiany nie ma co myśleć o dalszej jeździe. Zacznijmy od początku.

Wstaliśmy sobie spokojnie przed dziesiątą. Wszystko jakby dzieje się w zwolnionym tempie. Powoli, zupełnie bez pośpiechu zaczynamy dzień. W powietrzu wisi decyzja o spędzeniu jeszcze jednym noclegu na campingu w Wiedniu. Nikt jeszcze jednak nie powiedział tego głośno. Adi od wczoraj narzekał na pewne niezidentyfikowane stuki w rowerze, z każdym kilometrem się nasilające. Wyciągnęliśmy rowery przed namiot i oglądamy dokładnie maszynę GT. Diagnoza jest jasna – luz na suporcie. Nie mamy do tego ustrojstwa klucza, więc musimy skorzystać z serwisu wiedeńskiego. W recepcji uprzejma pani podaje nam adres mechanika, zaznaczay na mapie i ruszamy. Fahhrad Modep Mechaniker Wolfgang Brunner okazał się sympatycznym staruszkiem, widać zaprawionym w bojach serwisowych, który już nie jeden rozklekotany rower do użytku doprowadził. Udało się dogadać w kwestii technicznej i finansowej ( tutaj nie chciał negocjować) i po 2 godzinach mogliśmy odebrać rower. W międzyczasie pojechaliśmy do centrum Wiednia, by zakosztować uroków wielkiego europejskiego miasta.

Przed 16 tą jesteśmy znowu u drzwi pana Brunnera. Krótki test po naprawie – wszystko wydaje się działać sprawnie. Zatem płacimy za usługę – 30 E – i wracamy w nieco lepszych humorach na camping.

Zasłużone piwko po tych kłopotach smakuje wyśmienicie. Rower Adriana leży sobie na siodełku i kierownicy, a jego właściciel delikatnie kręci korbą. Na Jowisza, co to tak rzępoli?? Nasze oczy się spotkały, miny zrzędły, humor w momencie zrobił się żałobny.

- Przecież to tylna piasta – mówię do Adiego.

- No, zgadza się - odpowiada.
W myślach szybka kalkulacja. Jak za dokręcenie suportu Brunnera skasował 30 E to za wymianę piasty z całą robocizną weźmie chyba z 150. Na to nas przecież nie stać!! No to przypomnieliśmy sobie nieco język łaciński. Kiedy nieco emocje ucichły i mogliśmy myśleć bardziej trzeźwo postanowiliśmy, że wrócimy do Bratysławy i tam spróbujemy naprawić rower. Wydaje się to jedyna możliwość, żeby dalej kontynuować naszą podróż i na tyle ekonomiczna, żeby udało się zrealizować jej cel – WENECJĘ. Tyle kilometrów przed nami, tyle jeszcze niewiadomych, nie pozwolimy, żeby takie trudności nas tak szybko zatrzymały. Siedzę teraz w campingowej kuchni, popijając ciepłą herbatę Earl Grey. Adi obok gra na harmonijce bluesowe melodię. Ach, jak cudownie jest w tej chwili. No to teraz można powiedzieć, że w życiu piękne są tylko chwile. Nie wiem, co przyniesie jutro, co zmieni w nas, jak będzie – pokaże czas. Patrzymy na to optymistycznym okiem. Ważne, żeby nasz cel nas łączył, żeby po prostu, zwyczajnie czuć, że chcemy zrobić coś razem.

Dzień 6

15.07.2005 Piątek

Z dziennika Adriana:


Dzien zaczynamy wczesnie. Nastroje marne, bo zamiast jechać w kierunku Wenecji, to cofamy się. Zanim opuścimy wiedeń, chcemy jeszcze zwiedzić "po drodze" Hundertwasserhous. Oryginalna, przewrotna architektura, ale terkocząca piasta odbiera urok zwiedzania. 30km podróży zajmuje wyjazd z Wiednia (niech mnie! Co za wielkie miasto) Potem 50km do Bratysławy. Jednakowoż złe emocje ładujemy prosto w korby i dystans ten bierzemy z jedną przerwą. (Po drodze znajdujemy sklep rowerowy, na nową piastę musielibyśmy czekać 2 tygodnie(sic!)- utwierdza nas to w naszej decyzji o powrocie do Bratysławy.)

Tuż przed granicą spotykamy sakwiarza - stary wyga rowerowy z Niemiec, eskortuje nas docentrum. Dzięki niemu Wiemy teraz, że z centrum pod samą granicę prowadzi ścieżka rowerowa i wcale nie trzeba poruszać się ruchliwą ulicą,

Dzień 7

16.07.2005 Sobota

Z dziennika Adama:


Od dzisiaj trzymamy azymut. Wstałem o 8. Mimo, że nocleg w hotelu, czysta, pachnąca pościel, schludny pokój, itp. przyjemności, wcale się nie czuję wyspany. Na śniadanie piwko, którego Adrian nie zmęczył poprzedniego wieczoru. Muszę przyznać, że zdecydowanie lepiej smakuje wieczorem…

Wsiadamy w autobus. Jedna przesiadka i dojeżdżamy do Bratysławy. Robimy większe zakupy w markecie, tak, żeby starczyło na kilka najbliższych dni. W serwisie płacimy niecałe 2000 koron. Nie jest tragicznie, chociaż w najbliższych dniach ekonomia będzie na uwadze. Ze stolicy Słowacji wyjeżdżamy dopiero w południe i kierujemy się po raz trzeci na to samo przejście graniczne. Dziwnie wygląda znajomo. Pogoda rewelacyjna, żar z nieba się leje, chociaż i wiatr daje znać o sobie. Mijamy sporo rowerzystów, serdeczne pozdrowienia są niezwykle miłe i mobilizujące.

Po parunastu kilometrach wiatr się nasila i mimo mocnego naciskania jadę ledwie 18 km/h. Szybo się siły kończą, więc szukamy miejsca na obiad. Chińska zupka plus czekolada na deser dostarczyły mi niezbędnych kalorii do jazdy, więc nie ma na co czekać. Opuszczamy urokliwy skwer na końcu miasteczka i wracamy na drogę. Umawiamy się, że będziemy kręcić 20 km i potem przerwę na kwadrans. Nasza taktyka na najbliższe dni.

Po 18tej kończy się nam woda. Adi stwierdza, że na pustyni nie jesteśmy. Podjeżdżamy pod domek Austriaka, który chętnie napełnia nam bidony. W przydrożnej stacji spotykamy Polaka, który sączy piwko z kompanami z różnych stron europy. Widać, najął się pewnie do pracy sezonowej. Proponuje nam odwiedzić lokalnej damy lekkich obyczajów, ale jakoś nie mamy ochoty…

Po 90 km szukamy noclegu. Sympatyczna babcia udostępnia nam kawałek gruntu obok swojego ogródka. Jest całkiem przyzwoicie, chociaż teren nie jest odgrodzony od drogi. Jedynie drzewa i krzewy nas zasłaniają. Toaleta w pobliskiej rzece o temperaturze nie większej niż 10 stopni. Siedzimy w namiocie, Adi widzę skupiony na twarzy. Po chwili się odwraca do mnie i mówi:

- Adam, zobacz, czy mi kleszcz nie chodzi po udzie?

Adi się odwraca, a tam, na tylnej powierzchni uda śmiga sobie mały kleszczyk. Na Jowisza, wrażliwe ma te udka mój kompan…

Dopisek Adriana: Pierwszy dłuższy odpoczynek spędziliśmy na ładnym skwerku niedużej wioski Rohrau. Nazwa ta może nic nie mówić, ale na skwerku znajdował się pomnik jednej osoby urodzonej w Rohrau... Joseph Haydn - słynny austriacki kompozytor (1732-1809). To nie pierwsza i nie ostatnia miejscowość związana z kompoytorami.

Dzień 8

17.07.2005 Niedziela

Z dziennika Adriana:


„Chińska Rozgrzewka”

W L.O. na zajęciach W-F przydarzała nam się chińska rozgrzewka. Trwała ona w przybliżeniu całą godzinę lekcyjną i rozkładała wszystkich na łopatki. Przebiegała następująco: jedno kółko biegu wokół sali i 1 pompka, 2 kółka biegu i 2 pompki i tak dalej, aż do 10, potem odliczanie wsteczne, a następnie procedura była powtarzana, ale zamiast pompek – przysiady... teoretycznie 90 pompek, przysiadów i kółek wokół sali.

Ale dlaczego ten wstęp przyszedł mi na myśl – to za chwile, zacznijmy od początku:

Jeszcze w nocy obudził nas jakiś łomot, Adaś powiedział: „Słyszysz? Burza...” W półśnie zdołałem odpowiedzieć tylko: „eeeeee...to samolot”. Następnie wielki poryw wiatru omal nie zdmuchnął naszego namiotu. Potem błyski, huki, deszcz bębniący o tropik. Na szczęście rano już było po burzy, pozostało po niej tylko rześkie, chłodnawe powietrze, co tylko ułatwiło jazdę.

Jak co dzień spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w trasę z nadzieją, że wkrótce spotkamy supermarket, w którym zakupimy sobie coś na śniadanie. Kilometry mijały, kiszki marsza grały, a my dalej w lesie z aprowizacją. Ale jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że napotkany supermarket jest zamknięty. Podobnie jak inne sklepy.

W ogóle wszystko zamknięte. Okazuję się, że w Austrii N I E D Z I E L A to święto z prawdziwego zdarzenia i wszystko pozamykane. Kiedy z trudem zaakceptowaliśmy ten fakt, byliśmy zaraz za Wienner Neustadt i postanowiliśmy naruszyć nasze zapasy. Chińska kurczakowa zmieszana z gorącym kubkiem pomidorowym, okazała się niesamowitym przysmakiem i po 45minutowym odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę. Był to ok. 30 km podróży tamtego dnia. Zaczęło się delikatnie pod górę. Zaczęło i... nie przestało. Wręcz przeciwnie. Jakby znienacka znaleźliśmy się w górach. Krótkie spojrzenie na mapę i dowiadujemy się, że przed nami przełęcz – 1299 m. ( do przełęczy jakieś 35 km non stop pod górę jak się potem okazało). Podjazd męczący, ale widoki cudne, woda ze strumieni. Tuż przed przełęczą Adam wpadł w jakąś hipoglikemie, rozedrgany, blady, i lekko otumaniony musiał usiąść i odpocząć 5 minut, zanim był w stanie cokolwiek zjeść. Cokolwiek to mało odpowiednie stwierdzenie. Tym razem nasz obiad to... – [werble] – 2 zupki chińskie! Tym razem mieszanka chińskiej krewetkowej z kubkiem żurkiem i kostką serka topionego nie smakuje zbyt dobrze, ale kogo to obchodzi w perspektywie nadejścia kolejnej hipoglikemii. Na drugie danie garść orzeszków ziemnych, znalazł się i deser – po pół czekolady. Po naszym obiedzie – przejeżdżamy jeszcze kilka zakrętów i dojeżdżamy na przełęcz. Zostajemy tam nagrodzeni burzą oklasków od dużej grupy motocyklistów. Radzą nam jeszcze dobrze sprawdzić hamulce i wreszcie nadchodzi nagroda – konkretny zjazd, ponad 30 km bez pedałowania, choć końcówka nerwowa – na 80 km zaczynamy szukać noclegu, ale ja znajduje tylko 2 euro na parkingu. Los jest jednak łaskawy i pod koniec dnia trafiamy do niezwykle sympatycznej rodziny Stadlhoferów. Dostajemy wodę, sok domowej roboty oraz piwko. Możemy skorzystać też z prysznica. Nie chcąc nadużywać gościnności idziemy spać bez kolacji do namiotu rozłożonego w drewutni. Dostajemy jednak zaproszenie na jutrzejsze śniadanie.

Zasypiamy spokojnie, niezwykła cisza w górach, relaksujący szmer strumyka w oddali, gwieździste niebo. Spokój mącą czasem przemykające drogą auta i motory – niezłe maszyny można zobaczyć tutaj w Austrii, a kierowcy pozdrawiają, motocykliści czasem salutują, gdy tylko zdążą zauważyć jak wspinamy się na naszych objuczonych rowerach - bardzo sympatyczne gesty.

Dzień był trudny ale koniec rekompensuje wszystko. Chińskie zupki i stromy podjazd jednoznacznie kojarzą się z „Chińską rozgrzewką” z L.O... Rozgrzewka! – to przecież nie ostatnie góry i nie najbardziej strome z tych co czekają nas na trasie, a nogi pod wieczór są całkiem ciężkie i uda troszkę pieką. Niech ktoś mi tylko powie jaki był bilans energetyczny tego dnia, skoro zjadłem jakieś 1500 kcal.

Dzień 9

18.07.2005 Poniedziałek

Z dziennika Adriana:

Rano, gdy tylko wstajemy, zostajemy zaproszeni do domu, a tam czeka już na nas pyszne śniadanie. Wysilam mój język, aby po niemiecku prowadzić rozmowę, Adam korzysta w większości z body language. Ale i tak jest bardzo sympatycznie i spóźniamy się z odjazdem. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie, butelka domowego soku z porzeczek na drogę i ruszamy. W godzinach południowych dojeżdżamy do Grazu. Miasto urocze, ale z nieba leję się żar, co skutecznie nas odstrasza od większego zwiedzania. Po wyjeździe z miasta też nie jest lepiej – sytuacje ratuje tylko mokra bandana na głowie, choć i ona w mig wysycha. Trafne stwierdzenie Adama – „dzień rzemieślniczy” –rzeczywiście - oprócz Grazu, nic ciekawego o na drodze nie spotykamy, a ruch jest całkiem spory, co rowerzystom nie sprzyja. Na południu Austrii za Deutschlandsbergiem ciężko znaleźć nocleg. W sumie straciliśmy ok. godziny na poszukiwanie miejsca do spania, aż w końcu trafiamy do sympatycznej kobiety, która pozwala nam się rozbić w ogrodzie. Kąpiel w rzeczce. Jest fajnie, choć nie jesteśmy zadowoleni – posuwamy się dosyć powoli – znowu tylko 100km w ciągu całego dnia. Na następny dzień planujemy wstać bardzo wcześnie, żeby udało się nam dojechać do Ljubljany. Nawiązujemy telefoniczny kontakt z Kazkiem, przebywającym w tamtym czasie w Ljubljanie, pichcimy kolacje na naszej kuchence i udajemy się na spoczynek.

Dzień 10

19.07.2005 Wtorek

Z dziennika Adriana:

No i stało się – wstaję o godzinie 5.00. Jest jeszcze poważnie zimno, na niebie gęste chmury. Robię pakowanie i próbuje obudzić Adama – wstaje o 5.30(krzyki i śpiewy - nieskuteczne, szarpanie ciałem - nieskuteczne, zrobienie i zachwalanie herbaty - nieskuteczne, groźba polania wodą - umiarkowanie skuteczna, kilka łacińskich "przysłów" - skuteczne w obudzaniu Adama). Czas wyjazdu rewelacyjny, czego nie można powiedzieć o pogodzie. Zatrzymuje nas ulewa, którą postanawiamy przeczekać na stacji benzynowej. Tam zagaduje nas Carl, okazuje się, że od 10 lat zwiedza rowerowo różne zakątki świata. Był już w Indiach, Afryce, Południowej Ameryce, Grecji. Rozmawiamy dłuższą chwile o jego ekstremalnych podróżach i sposobie na życie, uwieczniamy nasze spotkanie na zdjęciu, a że niebo się wypogadza, ruszamy dalej. Niestety nie na długo. Tym razem deszcz zatrzymuje nas w przydrożnym Gasthofie. Gdzie ucinamy prawie 2godzinną drzemkę. Wreszcie deszcz na tyle przestaje padać, że możemy kontynuować podróż. Niestety wygląda na to, że do Ljubljany nie dojedziemy. Do granicy w Radlpass prowadzi całkiem długi podjazd i jak to zwykle bywa potem, świetny zjazd wita nas już po słoweńskiej stronie. Znajdujemy się w pięknej krainie. Wysokie góry, zieleń, my pomykamy w dolinach rzecznych. Zastanawiamy się, jak się dogadamy z tubylcami. Próbuję przekonać Adama, że na pewno damy radę, po czym mija nas „tambylec” na rozklekotanym rowerze i z rozbrajającym, bezzębnym uśmiechem od ucha do ucha, pozdrawia (zapewne) słowami brzmiącymi mniej-więcej: „riczi ti riki tiki!” Po tym zdarzeniu śmiejemy się przez najbliższe 2km. Mamy nadzieję, że nie będziemy musieli się komunikować jakoś specjalnie w tym kraju.

Z dziennika Adama:


Podjazd na przejście graniczne był bardzo intensywny, ale w miarę krótki. Granica znajduje się nieco powyżej 600 m.n.p.m. Przeżywałem wyraźny kryzys, podczas podjazdu jechałem od lewej do prawej strony drogi, żeby „zmniejszyć” nieco nachylenie, przez co wydłużałem sobie kilometry podjazdu. Adrian grzał mocno pod górę i po kilku minutach zniknął z widoku. Spotkaliśmy się na szczycie. Chmury przysłoniły całe niebo, wszystko dookoła pogrążone było w szarości, a ja czułem się, że jestem gdzieś na zupełnym odludziu. Tak oto zaczęła się Słowenia.

Droga w dół szalona, ostro i wyboiście. Widać, nie ma co spodziewać się takich jezdni jak w Austrii. Bardziej przypomina to polskie szosy. Tyle potu i sił, żeby wgramolić się na górę, 10 min zjazdu i znowu jesteśmy w dolinie. Po lewej stronie towarzyszy nam rzeka Drava, która ciągnie się od Włoskich Alp Karnijskich a uchodzi do Dunaju, niedaleko chorwackiego miasta Osijek. Oglądamy dokładnie mapę. Widać, że istnieje ciekawy skrót, który prowadzi przez góry. Zaoszczędzić można 10, może 15 kilometrów, więc decydujemy się spróbować. Zaczynamy piąć się w górę, droga asfaltowa przemieniła się w szutr, dalej już jak w Beskidach, utwardzona ziemia, a na niej sporo kamieni. Najwyraźniej nasz skrót nie wypalił. Trudy wspinania wynagradza nam jednak widok pięknej doliny i otaczających gór. Robimy przerwę na kalorie, kiedy zupełnie nieoczekiwanie podjeżdża do góry samochód. Co do licha auto robi na szlaku górskim?? Patrzymy na rejestrację i co się okazuje?? RODACY!! Byli to w istocie nasi sąsiedzi ze wschodu (Rumunia, Ukraina?). którzy zajmują się w Słowenii handlem. Co sprzedają nie wiemy, ale jak widać, robią to z powodzeniem. Podarowali nam mapkę Słowenii, jednak w skali, która niewiele nam pomogła.

Rezygnujemy z naszego górskiego skrótu i wracamy tą samą drogą do Dravy. Drogą nr 3 jedziemy w kierunku Dravogradu. Żegnamy Drave, odbijamy na południe do miasta Slovenj Gradec, gdzie koniecznie musimy zaopatrzyć się w słoweńską walutę.

Do Velenje jedziemy przepiekna doliną, otoczeni z każdej strony górami. Droga wąska, samochody wyprzedzają nas na milimetry, co psuje mocno komfort jazdy. Na dodatek Continental Adriana traci powietrze i szykuje się kolejna zmiana dętki. Widać nie ma szczęścia do gum na razie…
Niedaleko Gorenje rozglądamy się za noclegiem. Znajdujemy bardzo uroczo położony camping, tuż nad rzeką. Język nadal stanowi zagadkę, wydaje się, że nie do rozwiązania w dwa dni.

Dzień 11

20.07.2005 Środa

Z dziennika Adama:


Od samego rana deszcz. Na wyraz senna to melodia, kiedy krople deszczu spadają na tropik. W takich okolicznościach późne wstawanie jest usprawiedliwione. Zaczynamy dzień o dziesiątej. Na śniadanie mamy ugotowane jeszcze wieczorem jajka, do tego serek, pieczywo, miód. Powoli wiatr przegania chmury i widać gdzieniegdzie błękit nieba. Taki widok od razu mobilizuje do pedałowania. Szczególnie, że dzisiaj niedługi odcinek – zaledwie do stolicy - Ljubljany.

Po 30 kilometrach zaczyna się podjazd – 5.5 km po d górę. Moja lewa noga, a w zasadzie ścięgno mięśnia czworogłowego ma się znacznie lepiej. Pedałuje ostro do góry, tym razem Adrian zostaje z tyłu. Każdy kręci swoim tempem – byle do przodu! Przed nami 10 km zjazd w dół. To wyśmienita rekompensata za wysiłek pokonywania wzniesień. Droga wije się serpentynami, momentami „przykryta” nawisami skalnymi. Przy prędkości 70 km/h w ocienionej drodze momentalnie robi się chłodno. Zaczynam więc pedałować, żeby „rozgrzać” krew, świst powietrza w uszach i pełna adrenalina przy zakrętach!! Tak, o to chodzi w tym wszystkim. Poczuć trochę szaleństwa!!

Do Ljubljany jedziemy już płaską drogą, tempo jazdy się mocno zwiększyło, licznik stale pokazuje ponad 30 km/h. W małym miasteczku ciekawa scena. Jedziemy dość wolno główną ulicą, kiedy słyszmy z tyłu klakson. Wyprzedza nas samochód, w oknach rozbawiona młodzież, jeden z nich na cały głos woła: ADAM MAŁYSZ. No to my w śmiech. Widać, nasze PL-ki i flagi są widoczne…

W stolicy Słowenii jesteśmy po szesnastej. Spotykamy się z kolegą ze studiów, który odrabia tutaj staż wakacyjny. Liczymy, że uda się przenocować w słoweńskim akademiku, nie płacąc za to wiele. Stać nas jedynie na promienny uśmiech i kilka opowieści z gatunku „nie z tej Ziemi”.

Długi ciepły prysznic regeneruje nasze ciała. Możemy też skorzystać z Internetu, wysłać kilka maili, dać znaki najbliższym, że jak dotąd idzie nieźle.
Wieczorem, razem z całą grupą studentów idziemy na zamek, na plenerowy pokaz filmu. Niestety pora dnia jednak nie sprzyja skupieniu i po kilkunastu minutach zasypiam. Budzę się, kiedy na ekranie napisy końcowe. Wracamy do akademika, po drodze rozmawiając z nowo poznanymi studentami z różnych krajów Europy.

Dzień 12

21.07.2005 Czwartek

Dzień 13

22.07.2005 Piątek

Dzień 14

23.07.2005 Sobota